Waterman
Dla tego który poznał Watermana
Kolejny raz przełamał lustro, lustro z którym miał do czynienia dużo częściej niż mogłoby się wydawać. Był już trochę zmęczony, a brzeg do którego zmierzał wydawał się wciąż czymś bardzo odległym. Nie spieszyło mu się – nikt przecież na niego nie czekał. Było w tym coś pięknego – pewna niezależność i wolność, ale to poczucie mieszało się z tęsknotą za konkretną twarzą, która uroniła by łzę, gdyby nie wrócił na brzeg. Nie dopuścił w sowim życiu nikogo na tyle blisko, ponieważ bliskość dla niego była powiązana z potencjalną krzywdą, którą mogą zadać jedynie ci, co są blisko. Co za paradoks! Wiadomo, niby potrzeba innych ludzi dookoła, a największą karą jest banicja, ale to nie tak. Jest dużo przekłamania w tej tezie, ale widzą to ci, którzy umieją to zakwestionować i dostrzec, że największą krzywdę czynimy sobie nawzajem. Czy odpowiedzią jest ucieczka w samotność i bezkres morza? Przecież przyjdzie taki moment, że będzie trzeba wrócić na brzeg, nawet jeśli nikt nie będzie na nim czekał. Wrócił. Dopłynął do brzegu. Dobrze, że księżyc zajął swoje miejsce, bo mógł teraz nasz bohater bez problemu trafić do swojego domu, położonego przy dzikiej plaży.
Domek w którym mieszkał nie był duży. Zbudowany wyłącznie z drewna, ze spiczastym dachem i czterema oknami, które wychodziły w cztery różne strony świata. Dzięki tym wszystkim kierunkom miał wrażenie, że pomimo swojej alienacji jest częścią czegoś większego. Przeszedł przez przedpokój, który był magazynem jego rzeczy, niezbędnych do tego, aby mógł zachować harmonię w swoim życiu. Klimatyczna kuchnia połączona z jadalnią w której bardzo lubił przebywać. Sam nie wiedział dokładnie dlaczego, przecież nie był jakimś wybitnym kucharzem. Sypialnia, która była dla niego miejscem ucieczki, zawsze wtedy gdy faktyczność która uobecniała się przez wspomnienia i wyobrażenia była nie do zniesienia. Są takie momenty, że sen staje się wybawieniem, ale co jeśli nie można zasnąć? Wtedy człowiek jest skazany na to od czego chce uciec. To chyba jedna z najgorszych kar dla człowieka. Największa zemsta dla innego, to nie pozwolenie na to, aby zasnął. Skazany na ciągłe myślenie i uczestniczenie w sytuacji człowiek może dojść do obłędu graniczącego z szaleństwem.
Promienie wschodzącego słońca agresywnie zakłóciły jego spokojny poranek. Nie gniewał się na to, nie miał pretensji bo wiedział, że po każdej nocy przychodzi nowy dzień. Może były momenty w jego życiu, gdy myślał że noc nigdy się nie skończy, ale myśli o tych momentach były już tylko i wyłącznie wspomnieniem. Smak tych wspomnień był już coraz mniej wyraźny. Trochę tak samo jak jest z jedzeniem. W momencie jedzenia smak jest wyraźny, zapadający gdzieś głęboko, ale z każdą kolejną upływającą chwilą coraz ciężej jest urzeczywistnić to doświadczenie. Wspomnienia to taka namiastka, która próbuje ożywić to co już w jakiś sposób rozpoczęło proces umierania. Wspomnienia są kuszące, bo dzięki nim można w bezpieczny i nie zobowiązujący sposób uczestniczyć w tym, za czym się tęskni. Wspomnienia nie wystarczą żeby żyć. Są kompromisem dla tych, którzy chcą tylko i wyłącznie przeżyć.
Wyszedł przed swój dom. Piasek zdążył się już nagrzać na tyle, aby jego ciepło było źródłem jakiegoś wewnętrznego ukojenia. Bezkres morza zawsze wzbudzał w nim szacunek i pozwalał mu trwać w przekonaniu, że jest tylko jednym z elementów na tym świecie. Pomimo tego, że miał świadomość swojego miejsca i ograniczoności to miał również głęboko zakorzenione przekonanie o swojej podmiotowości. Czuł, że morze go wzywa, że ciężko będzie mu się oprzeć. Był to rodzaj zależności, który spokojnie można by nazwać uzależnieniem. To kiedy oddawał się uzależnieniu to konkretne momenty, które wcale nie były przypadkowe. Musiał poczuć to coś – tę niewyrażalną siłę i tajemnicę, aby powiedzieć: ,,oto ten moment”. Jednego był pewien, to jeszcze nie ten moment, jeszcze musiał trochę poczekać. Po tylu latach już o tym wiedział, a nawet w pewnym sensie czuł.
Gdy był tak pogrążony w swoim umyśle, nagle zobaczył, że obok jego domu z piasku wyłania się coś co odbija światło słoneczne. Trochę zdziwiony, ponieważ od lat nie miał takiej sytuacji, postanowił udać się w tamtym kierunku.
Nie dotarł, ponieważ przyszedł ten moment. Nie mógł mu się oprzeć i musiał wypłynąć. Musiał spotkać się z nieodłączną towarzyszką jego życia. Towarzyszkę którą z jednej strony kochał, a z drugiej jej nie nawidził. Tworzył z wodą duet, gdzie ciężko było wskazać dokładną granicę pomiędzy tym, gdzie kończy się jedno i zaczyna drugie. W swojej odrębności stanowili jedność, tak silną, że wielu mogłoby im tego pozazdrościć. Doświadczyć można tego tylko wtedy, gdy człowiek oddaje się cały, gdy nie bierze pod uwagę jakichkolwiek kompromisów i rozwiązań pośrednich. Radykalizm naddaje smak życiu, a wtedy nie czeka się na śmierć i czas inaczej płynie. On też właśnie miał zawsze problem z czasem, bo nigdy nie był w stanie dokładnie stwierdzić czy jest w wodzie w zakresie czasu bordowego czy pomarańczowego. Czas w tym wymiarze znikał i stawał się czymś niezauważalnym. Czuł że żyje pomimo tego, że jego tętno dochodziło do wartości maksymalnej. Czasami tak się działo, gdy zapominał o tym, że musi trzymać równe, określone tempo i przyśpieszał, ale skutki tego przyśpieszenia uobecniały się dopiero po jakimś czasie. Wtedy było już za późno. Musiał na chwilę odwrócić się na plecy, uspokoić organizm, wsłuchać się w swoje ciało i od nowa znaleźć rytm. Tym razem miał wyjątkowo duże trudności, nie mógł się skupić, a jego umysł błąkał się po jakich innych światach. Nie było jedności pomiędzy umysłem a ciałem – tak jakby ktoś wysłał list do błędnego adresata. Wykonując kolejne ruchy ramion, szukał odpowiedzi w rzadko odwiedzanych obszarach jego mózgu. Coś powoli zaczęło się wyłaniać, ale to raczej przypominało światła odległego samochodu jadącego w środku nocy. Na tej podstawie nie da się określić marki samochodu. Czas płynął, samochód się zbliżał. Nasz bohater zapalił latarkę, aby dostrzec markę samochodu. Dostrzegł ją. Dostrzegł przyczynę swojego gubienia rytmu dzisiejszego dnia. To ten przedmiot na plaży do którego ostatecznie nie podszedł, bo otrzymał wewnętrzne przynaglenie, żeby wypłynąć.
W momencie kiedy sobie to uświadomił, postanowił wrócić, bo i tak to już nie miało sensu. Miał wrażenie, że ta podróż nigdy się nie skończy, chociaż nie był w stanie realnie tego ocenić, bo przecież czas inaczej płynął. Ląd stawał się coraz większy, a jego domek zaczął przybierać coraz wyraźniejsze kształt. Woda przy brzegu, w porównaniu do tej w bezkresie była o trzy kolory cieplejsza.
Dopłynął, wyszedł z wody i udał się w kierunku, gdzie wcześniej zobaczył ten zagadkowy przedmiot. Był pewien jego położenia, ale teraz nie wiadomo czy to ze zmęczenia, czy z jakiejś innej przyczyny, nie mógł go znaleźć. Przeszukał teren kilka razy, ale nie jakoś rozpaczliwie, bo przecież nie zależało mu na tym jakoś bardzo. Po nieudanej próbie zarzucił dalsze poszukiwania. Wrócił do swojego domku, zaparzył herbatę, usiadł w swoim ulubionym wiklinowym fotelu, który bujał się w określony rytm, niemalże identyczny do tego z jakim pływał. Wszystkie swoje ulubione czynności wykonywał w jednym i tym samym rytmie. Miał wrażenie, że wsłuchuje się w rytm świata i on jest tylko odbiciem tego rytmu. Czuł się wyjątkowo, że jest w stanie ten rytm uchwycić i za nim pójść. Czuł się wyjątkowo. Tak. Wyjątkowo i dobrze. Po prostu.
To był wyjątkowy dzień. Gdzieś głęboko czuł, że ta wyjątkowość jeszcze nie urzeczywistniła się całkowicie, ale jest tylko epilogiem do czegoś dużo większego. Pewną namiastką, tak samo jak wspomnienia, próbują być namiastką rzeczywistości. Zasnął.
Sen został przerwany przez intensywny zapach, który był mu znany, jednakże jego znajomość była czymś bardzo odległym i niewyraźnym. Musiał mocno się wysilać, aby przypomnieć sobie źródło lub jakieś wspomnienie, które mogłoby go wyostrzyć. Wstał i ruszył przed swój domek, a była piękna gwiaździsta noc. Rozejrzał się dookoła i zobaczył przedmiot schowany w piasku, który był źródłem światła i zapachu. Podszedł, wziął go do ręki i podniósł go w okolice nosa. Znał bardzo dużą ilość zapachów, ale ten był wyjątkowy. Nie można go było pomylić z żadnym innym. Ten zapach przeniósł go w inny wymiar – do poprzedniego życia, za którym czasami tęsknił. Tak na co dzień o nim nie myślał, ponieważ był bardzo mocno pogrążony i zaangażowany w swoją codzienność. Tylko ona się dla niego liczyła. Ale gdy przychodziły momenty rozszczelnienia codzienności, wtedy przez tę szczelinę wdzierały się różne wspomnienia – dobre i złe. To trochę tak jak z wodą, która zalewa statek. Pojawienie się jej, jeszcze nie przesądza o zbliżającej się katastrofie, ale jeśli nie zrobi się nic konkretnego z tą wpływającą wodą – finał może być tragiczny. Był rozszczelniony, ponieważ wspomnienia zaczęły go zalewać tak jak nigdy dotąd i czuł narastającą w sobie bezradność. Nie mógł się oprzeć temu zapachowi tak jak zawsze, ponieważ tym razem jego woń była dużo mocniejsza. Słyszał wiele w swoim życiu na temat walki: ,,że nie można się poddawać, że trzeba być twardym, a wspomnienia i emocje nie mogą rządzić człowiekiem”. To piękne słowa, które mają rację bytu, ale na wojnie, kiedy wróg jest czymś konkretnym i łatwym do uchwycenia. Ale co ze wspomnieniami? Przecież one nie mają konkretnej twarzy i są czymś nieuchwytnym. To wróg dużo groźniejszy i ciężej go zabić. Aby go zabić, trzeba zabić cząstkę siebie – to jedyna droga do tego, żeby pozostać szczelnym. Zalały go i zmieniły w nim to kim był, kim tak naprawdę był. Może nie miał racjonalnych przesłanek do tego aby wyciągnąć taki wniosek, ale gdzieś głęboko czuł, że teraz jest kimś innym, kimś kim nigdy nie chciał się stać. Wtedy zrozumiał, że z tej sytuacji jest tylko jedno słuszne wyjście.
Morze ze spokojnego powoli zaczęło się zmieniać w ucieleśnienie najbardziej przerażających strachów dla człowieka. Krzyk, który wydawało, nie był podobny do niczego wcześniej mu znanego. Firmament nieba jakby zamilkł i nikt nie pamiętał o jego obecności. Ciemność była w niektórych miejscach rozświetlona białym kolorem grzebieni, które pojawiały się w wyniku załamania fal. Bał się. Wiedział, że musi to zrobić, nawet jeśli miałoby to być ostatni raz. Czuł wezwanie.
Wypłynął.
Tomasz Mazgaj